Eryk Mistewicz: wprowadźmy zakaz reklamy w polityce!

 Znany konsultant polityczny i doradca polskich polityków Eryk Mistewicz, autor strategii marketingu narracyjnego, który pracował we Francji w kampaniach wyborczych, przywiózł znad Sekwany sposób organizacji kampanii wyborczej i proponuje wprowadzenie tam panujących zasad polskim politykom. Na łamach “Dziennika” w bardzo dużym artykule prezentuje swoją erudycję, ale i wiedzę: nie kryje, że zakaz reklamy w polityce pomogłoby wprowadzeniu równych zasad w kampanii wyborczej dla każdego podmiotu, niezależnie od zasobów finansowych partii.

Partie, przypomina Mistewicz, mogą jak we Francji korzystać z mechanizmów marketingu narracyjnego, ale też innych metod, każdych - aby wygrać zgodnie z prawem i przyzwoitościa wtedy, gdy nie prymatu pieniądza w polityce.

Mistewicz przekonuje, że partie broniące się przed wprowadzeniem zakazu reklamy politycznej pokazują swoją słabość, jakby mówiły: potrafimy tylko kupować wyborców billbordami i spotami, hurtowo pakietami w agencjach reklamowych; nie potrafimy z nimi rozmawiać, zupełnie nie wiemy, czym ich zaciekawić i pozyskać; oni odwrócili się od nas, a my ich nie rozumiemy; jeśli zabierzecie nam reklamę zamachniecie się na demokrację!

Zgubiono istotę problemu - twierdzi Eryk Mistewicz. Trafnie zauważa, że w dyskusji o finansowaniu partii zapomniano o podstawowej kwestii: czemu ma służyć zwiększenie, bądź zmniejszenie wydatków z budżetu państwa dla partii politycznych; jakież to ważne cele usprawiedliwia aż tak głębokie sięganie do kieszeni podatnika?Przecież 30 czy 40 milionów złotych, które zasila każdego roku największe partie, nie służy ani lepszej jakości pracy programowej sztabów partyjnych, przygotowywaniu pogłębionych analiz czy organizacji spotkań z ludźmi w terenie.

Pieniądze partii politycznych są odkładane na czas, gdy jedna ze strona sporu odtrąbi – zazwyczaj znienacka - początek billboardowej i reklamowej gonitwy, a druga strona będzie musiała ją gonić: wykupywać wolne tablice reklamowe i niezajęte jeszcze przez konkurentów pasma telewizyjne i radiowe - twierdzi Mistewicz.

Od kilkunastu miesięcy do przyjęcia rozwiązań systemowych Mistewicz namawia polskich polityków. Przekonuje, że brak zmian w prawie wyborczym i systemie finansowania partii oznaczałby zgodę polskiej klasy politycznej na kontynuowanie nakręcania reklamowej spirali zbrojeń – z kampanii na kampanię kierowania do agencji reklamowych coraz większych pieniędzy, denerwowania ludzi kupowanych „w pakietach GRP domów mediowych”, tak jak kupuje się potencjalnych nabywców proszku do prania, wreszcie głębokiego niszczenia demokracji.

Politycy Platformy Obywatelskiej, PSL, Klubu PolskaXXI, Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Socjaldemokracji Polskiej, LPR i Naprzód Polsko, z którymi Eryk Mistewicz, jak zdradza, wielokrotnie rozmawiał o wprowadzeniu do polskiej polityki zakazu reklamy mówią: to dobry pomysł.

Donald Tusk zauważył, że niegodziwością byłoby z jednej strony prosić rodaków o wysiłek we wspólnym przezwyciężaniu nadchodzącego kryzysu, ograniczaniu wydatków w tak newralgicznych obszarach jak np. pomoc społeczna, a jednocześnie wydawania przez polityków, ich partie i sztaby, dziesiątków a wkrótce setek milionów złotych na polityczną reklamę.

Model, który Mistewicz proponuje, z sukcesem testowany jest od 1990 r.

Francuska ustawa z 15 stycznia 1990 „o limitach wydatków wyborczych i określenia finansowania działalności politycznej” zakazała reklamy przedwyborczej: billboardów, spotów w stacjach telewizyjnych i radiowych, telemarketingu, zarzucania skrzynek pocztowych ulotkami. Blokując stosowanie „politycznego kija bejsbolowego” – zmuszała politykę do powrotu: rozmów z dziennikarzami, pisania „projektów dla kraju”, organizacji think-thanków i klubów politycznych, wspierania instytucji społeczeństwa obywatelskiego, prowadzenia otwartych debat, spotkań, mitingów (na inaugurację Sarkozyego w Porte de Versailles przybyło 120 tys. ludzi, na miting Royal w Lille 80 tys.).

Francja wygrała z Ameryką w zawodach o jakość uprawiania polityki - przekonuje Mistewicz.

Nikt we Francji nie mówił, że uchwalając prawo zakazujące reklamy przypuszczono zamach na demokrację. Wręcz przeciwnie. Gdyby nie było zakazu reklamy w polityce, Francja nadal by gniła, w korupcji i degeneracji. Klany biznesowe kupowałyby polityków, całe regiony i partie. Partycypacja ludzi w wyborach była mniej więcej podobna do tej w Polsce.

Gdy elitom udało się porozumieć i zakazano reklam, politycy zostali zmuszeni wyjść do ludzi, przedstawić swą politykę w ciekawy sposób, także w prostych słowach i chwytliwych narracjach (często zresztą doprowadzając ludzi tymi narracjami do pasji). Jak zauważa Mistewicz, polityka opanowała brasserie, metro, biura i windy. Każdy Francuz – niczym Polak o Nelly Rokicie czy Januszu Palikocie – ma o obecnym prezydencie Francji swoje zdanie. Kocha go albo nienawidzi. Frekwencja w ostatnich „Presidentielles” poszybowała do stopnia niebywałego: 86 proc. z 44 mln uprawnionych. Rekord świata, mimo zakazu reklamy! Podobny wynik podtrzymano w wyborach parlamentarnych a pół roku później niewiele niższy osiągnięto w samorządowych. Gdy polityka zeszła do ludzi, gdy była dla nich zrozumiała, znów ich pasjonowała.

Eryk Mistewicz wprowadza do debaty publicznej w Polsce ciekawy postulat, który nie tylko warto rozpatrzyć, ale i jak najszybciej wprowadzić w życie.

Comments are closed.