Lekarze których nie cierpię.
Na początku na pewno będą ortodonci. Całe 8 lat nosiłam szyny na siekaczach i całkiem znienawidziłam absolutnie wszystko, co było z tym powiązane, z panem ortodontom na pierwszym miejscu.
W następnej kolejności - okulistyków. Zakład optyczny i optyka okularowa kojarzą mi się z brzydkimi okularami, które jeszcze do niedawna musiałam zakładać, dopóki mogłam przejść na szkła kontaktowe.
Potem - ginekolodzy. Za całokształt i olewactwo, od czego włos staje dęba.
Na samym końcu zaś - mój lekarz rodzinny. Z różnych przyczyn nie do zastąpienia innym - nieodmiennie kojarzy mi się z wystawianiem antybiotyków na wszystko, każdą chorobę, skutkiem czego zostałam na znaczną część uodporniona.
Lista na razie zamknięta, ale jak tak dalej pójdzie, to wkrótce dopiszę mściwie dentystów. Mam fantastyczne zęby a oni wciąż szukają jakiejś próchnicy do wiercenia, jakbym mało razy w życiu miała koszmarów z zębami…
Hmm…może posiadam ten uraz do doktorów w ogóle nie tak bardzo po tym, jak z nimi mi się współpracowało ale dlatego, że mój ojciec był pediatrą i na tę chwilę wszyscy mi głowę suszą, żebym kontynuowała rodzinną tradycję. Ożesz… A mnie się marzy pójść na weterynarię