Prawo jazdy Kraków.
Kiedy dowiedziałam się, że stałam się szczęśliwą posiadaczką pracy - na razie na pół etatu, ale jednak! - ucieszyłam się niezmiernie. Długo szukałam dla siebie zatrudnienia w którymś z krakowskich przedszkoli. Ale a to nie było wolnego etatu, a to ktoś co prawda odszedł na chorobowe lub urlop macierzyński, ale wraca niedługo, a to nie miałam według kadry odpowiednich papierków, aby się ubiegać o pracę w przedszkolu z dziećmi. Owszem, pracowałam już wcześniej jako nauczycielka w przedszkolu, szło mi nieźle, ale niestety było to przedszkole prywatne z poważnymi problemami finansowymi, które dotknęły je głównie z racji tego, że mamy przenosiły swoje pociechy do innego przedszkola położonego kilometr dalej, gdy jedno z dzieci w naszym Szkrabie zatruło się i miało dość poważne powikłania. Cóż z tego, że był to jednorazowy przypadek? Matki drżąc o zdrowie nie wahały się ani chwili, a kiedy w przedszkolu zostało raptem dwanaścioro podopiecznych placówka zaczęła się chylić ku upadkowi - nie wystarczało na opłaty za tak podstawowe rzeczy, jak gaz czy prąd nie mówiąc o wypłatach dla nauczycieli. Już wtedy wiedziałam, że nie skończy się to dobrze. Dla chłopca na szczęście skończyło się dobrze - nic poważniejszego się mu nie stało, poleżał dwa dni w szpitalu, ale dla mnie oznaczało to jednoznaczny koniec kariery.
Gdy zaproponowano mi etat szalałam z radości. Nie przejmowałam się zbytnio tym, że nazwa ulicy nic mi nie mówiła - od czego są mapy? Zajrzałam. No cóż. Ładny kawałek od mojego domu a w dodatku okolica dość tajemnicza. Ale przecież wszędzie dzieci muszą chodzić do szkół i przedszkoli, nie wszyscy rodzice zawożą je od razu do centrum czy do większych ośrodków, takie miejsca są jak najbardziej niezbędne. Rodzice mają blisko, dzieci nie są narażone na pętanie się po ulicach…
No właśnie, ulice. Gdy pojechałam tam po raz pierwszy ucieszyłam się z tego, że akurat mojej koleżanki nie było w domu i zamiast stać w zimnie wsiadłam w autobus i pojechałam od razu na miejsce, bo co się okazało? Żeby tam dotrzeć trzeba było wykazać się nie tylko znajomością mapy, ale nie lada sprytem i bystrością. Gdy wysiadłam z autobusu zobaczyłam przed sobą park. Wiedziałam, że ulica o której mowa była w liście zapraszającym mnie na spotkanie znajduje się po drugiej jego stronie, ale słowo daje: park wydawał mi się dość spory i gdybym wcześniej siedziała u koleżanki w życiu na rozmowę bym nie zdążyła. Po drugiej stronie nie kursował żaden autobus ani tramwaj. Park miał kilka dróg. Człowiek - a podobno szczególnie kobieta - ma jakiś tam swój instynkt. Wybrałam jedną z nich. Na szczęście wcelowałam i dotarłam na miejsce na pięć minut przed czasem - czyli tak, jak powinno się ogólnie docierać. Miałam szczęście!
Mam teraz upragnioną pracę, ale nie widzę siebie w roli buszmenki przedzierającej się przez te chaszcze ponownie! Koszmar. Dlatego pierwsze, co zrobię na dniach to zapisuję się na kurs prawa jazdy Kraków. Halina - koleżanka, o której już wspomniałam i której szczęśliwie
nie było wtenczas w domu - ma auto, a że sama korzysta z niego raptem 2-3 razy w tygodniu będę je po prostu wypożyczać. A za jakiś czas kupię sobie sama własne auto. Prawo jazdy Kraków to teraz mój drugi z priorytetów obok tego, by jak najlepiej wypaść w nowym miejscu pracy. Ale co do tego, przyznam, nie mam większych obaw. Od razu znalazłam wspólny język z dyrektorką, dzieci mnie polubiły a pensja - ku mojemu zdumieniu i zadowoleniu - spełniła nie tylko moje oczekiwania, ale wydaje się, że tutaj właśnie rozwinę skrzydła!